czwartek, 29 września 2011

uparcie do przodu

Oto moc internetu. Piszesz blog. Piszesz to co chcesz, w taki sposób jaki chcesz... a ludzie uważają Cię za kogoś wspaniałego :)))) A tak na serio to dziękuję za wszystkie komentarze - bardzo miłe... Naprawdę tak to widzicie? Jestem trochę onieśmielona.... :)
Jagódka przeżyła wczoraj swoje 9-te urodzinki. Było miło. Prezenty od rana do wieczora.... Dziecko zjadło ciasto marchewkowe z czekoladą, które zażyczyło sobie zamiast torta... rogaliki drożdżowe, które babcia uczyniła... Na kolacje była pizza zrobiona przez "diderka" - Jadzia tak ostatnio mówi na tatusia :)) Była pyszna i  mimo tego, że jadłam kawałek bez żółtego sera (ze względu na Kalinkę) to w ogóle mi go nie brakowało! Jesteś super kucharzem Mężu, dzięki! :*





Dzisiaj dzień jak co dzień. Rano pokonywanie lenistwa i załamywania się u dzieci tym, że to co im pani zadała, by ćwiczyć na instrumencie jest za trudne.... Jagoda miała to przedwczoraj. Była święcie przekonana, że nie da rady, że to za trudne i że to koniec. Dzisiaj kryzys miał Szymon. Stwierdził, że wypisuje się z muzycznej, bo pani zadała za trudny utwór.... ;) Pierwszy raz takie coś powiedział.... No i zaczęło się przekonywanie do tego, że w życiu nie można rezygnować od razu jak coś wydaje się za trudne. Człowiek musi poćwiczyć i będzie umiał. Będzie miał coraz trudniejszy utwory, a nie coraz łatwiejsze, ale da radę. Tylko uparcie trzeba powtarzać mały kawałeczek, aż palce się przyzwyczają.... Efekt był. Po pół godzinie było jako tako - po południu znowu usiądziemy do instrumentu.... ach życie....



Teraz chwila wyciszenia. Kalinka śpi. Już długo. Mogłam przejrzeć pocztę, zobaczyć co na fb i przede wszystkim odsapnąć od szybkiego tempa dnia. Zaraz czeka mnie sprzątanie w kuchni, coś trzeba ugotować.... A w głowie różne plany na zajęcia z dzieciakami, prywatne, tak żeby jakaś kasa wpadła.... Nie mogę się za to zabrać. Może ktoś mnie zdopinguje?




środa, 28 września 2011

życie... życie...

A gdyby tak przeprowadzić się w zupełnie inne miejsce w Polsce.... już nie mówię, że na świecie, bo to kompletnie przewrócenie świata do góry nogami..... Zacząć wszystko od nowa. Szukać pracy, przyjaciół, szkoły... sama nie wiem. Trochę się boję.... szczególnie gdy myślę o moich przyjaciołach, o ludziach, z którymi się zżyłam, z którymi się modlę, którzy są częścią mojego życia.....
... mówi się, że przyjaciele są wszędzie... i pewnie to prawda. Tam gdzie jesteś znajdziesz nowych przyjaciół... hmmm.... pamiętam jak czułam się wyobcowana, jak przyjechałam tutaj. Zostawiłam swoje rodzinne miasto i przyjechałam zupełnie gdzie indziej. Tam gdzie mój mąż.... nie miałam żadnych znajomych... pamiętam, że czułam się samotna. Nie było mi smutno, ale brakowało mi własnych przyjaciół - wszyscy, których poznawałam, to znajomi mojego męża... wiecie jak to jest....
Teraz mam już swoje życie, swoje miejsce....
.... życie, życie.... tyle wyborów, trzeba coś robić, żeby szło dalej właściwym torem....
... może się kiedyś przeprowadzimy? Może zostaniemy tutaj? Kto to wie co Bóg ma dla nas przygotowane....? Ważne, że wiem, że prowadzi i wie co będzie dalej - to uspakaja i daje pewność, że wszystko będzie dobrze.... Trzeba GO szukać codziennie. Codziennie z NIM przebywać.... wtedy "...wszystko inne będzie wam dane.." Przekonuję się na każdym kroku, że to prawda :)

A dzisiaj rano ubrałam Kalinkę w polarkowy kombinezonik i pojechałyśmy odwieźć Jagodę i Szymona do szkoły. Kalinka uśmiechnięta jak zwykle. Jest naprawdę pogodnym dzieckiem :)






Jagódka kończy dzisiaj 9 lat... Już rano dostała pierwszy prezencik - jakieś zwierzątko, które się rozkłada jak się je położy na specjalny domek.... nie umiem powtórzyć nazwy.... ;) Oczywiście się to zbiera i wszyscy to mają ;) To prezent od Szymona, bo mówił, że Jagna to chciała - ja to nawet nie wiedziałam, że takie coś istnieje.... fajnie co?
Chcę dziś zrobić Jadzi pyszny obiadek - pewnie to będzie kurczak - udka - bo ona uwielbia :) Na kolację Piotrek zrobi pizzę - tatusia najlepsza :) Chcę też zrobić ciasto marchewkowe - Jadzia mówiła, że uwielbia.... Wieczorem przyjdzie rodzinka, zaśpiewa sto lat... a w niedzielę imprezką dziecięca "Wszystko na opak" - pomysł jest, tylko jeszcze parę zabaw i menu muszę przygotować... Trochę pracy i planowania, ale to przyjemne. Mam nadzieję, że dzieciaki nie rozniosą chaty....


poniedziałek, 19 września 2011

rabbits and elephants



Kolejny filmik, który zmienia moje życie....... Kościół jest tam gdzie jesteś. 24 godziny na dobę. Gdzie dwóch lub trzech spotyka się w moim imieniu tam jestem pośród nich....... Czy jesteś w kawiarni i rozmawiasz o Bogu? Mówisz innym o NIM? Tam właśnie jest Twój kościół..... Kościół to Twoje życie. Jeśli jesteś z NIM to  tam gdzie jesteś będzie kościół. "Nadejdzie czas i owszem już jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawać Bogu cześć w duchu i w prawdzie" Kościół to już nie budynek. To jest Twoje życie, tam gdzie jesteś jest kościół. Czy to nie zmienia wszystkiego?

Kalisia :)


służba?


Chip Brogden
Ja zaś sam JAK NAJCHĘTNIEJ sam na koszta łożyć będę i samego siebie wydam za dusze wasze, Czy tak ma być, że im więcej ja was miłuję, tym mniej przez was mam być miłowany? (2Kor. 12:15).
Poza modlitwą nie ma takiego przedmiotu, który byłby tak często omawiany I szkolony jak miłowanie siebie nawzajem. Wszyscy dobrze wiemy, że mamy miłować jedni drugich, słyszeliśmy to z kazalnic tysiące razy, lecz między poznaniem Drogi, a chodzeniem Drogą jest istotna różnica.
Chciałbym w szczególny sposób zająć się tym w odniesieniu do „służby”. Sam wyraz „służba” jest teraz bardzo naładowany i naprawdę należy pytać się każdego kto go używa, aby dowiedzieć się jakie rzeczywiście nadaje mu znaczenie. Myślę, że większość ludzi zgodzi się co do tego, że to, co jest podawane dziś jako „służba” jest bardzo odległe od modelu służby jaki widzimy w nowotestamentowej praktyce. Nie myślę tutaj o pewnych technikach czy metodach, których wówczas używali. Ten „brakujący składnik” to nie jest coś tak powierzchownego jako spotykanie się w domach kontra w budynkach. Jak bardzo upadliśmy, że sądzimy iż tajemnica nowotestamentowego życia daje się znaleźć w jakimś sposobie prowadzenia spotkań.
Przywództwo istnieje w Biblii i przywództwo istnieje w Kościele. Nie da się tego obejść. Jezus pokazał nam, zarówno w słowie jak i w uczynku, że Jego idea przywództwa opiera się na służbie Bogu i innym. Pytaniem, które musimy sobie zadać jest takie: co stanowi pobożne, prowadzone przez Ducha, skupione na Chrystusie, usłużne przywództwo? Co sprawia, że ktoś jest duchowym ojcem? Co tak naprawdę kwalifikuje kogoś na apostoła, proroka, ewangelistę, pastora czy nauczyciela?
Można powiedzieć, że jest to powołanie Boże. Być może, lecz wielu jest powołanych, a nieliczni wybrani. Wielu jest powołanych, lecz zawodzą jeśli chodzi o reakcję na powołanie. Potrzeba czegoś więcej niż powołanie.
Można powiedzieć, że jest to Boże obdarowanie. Powiem wam coś, bracia i siostry: Nie rejestrują już więcej darów. Obdarowanych braci i sióstr naprawdę jest na pęczki. Mówię szczerze. Często spotykam ludzi I odchodzę myśląc, jakże są obdarowani, a jednak pozostawiają we mnie wewnętrzną pustkę. Mają ogromny potencjał, lecz nie zaufałbym im pilnowania mojego psa, a co dopiero czuwania nad ludzkimi duszami. Wielu z nich twierdzi, że mają jakiegoś rodzaju pastorską, proroczą czy apostolską służbę, lecz to, samo w sobie, nie daje nikomu kwalifikacji. Widziałem obdarowanych braci i siostry całkowicie pozbawionych mądrości, dojrzałości i duchowego rozeznania, którzy wprowadzali prawdziwy zamęt w życiu ludzi.
Można powiedzieć, że to objawienie od Boga kwalifikuje człowieka. Bezwzględnie wierzę w to, że objawienie jest konieczne do nauczania innych, ponieważ nie można wskazywać na miejsce, w którym się nie było. Niemniej, objawienie samo w sobie, nie daje kwalifikacji nikomu.
Przyszedł taki czas w moim życiu, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że byłem powołany, obdarowany, miałem dane mi przez Boga objawienie i ciągle czegoś mi brakowało. Kiedy byłem młodszy, wierzyłem, że posiadanie powołania i obdarowania to było wszystko czego mi trzeba. Wtedy zacząłem uczyć się przez objawienie pewnych rzeczy i myślałem, że spoczywa na mnie pieczęć Bożej aprobaty.
Nawet wtedy nie mogłem pozbyć się faktu, że na świecie oprócz mnie byli wtedy i są obecnie tłumy ludzi, którzy są powołanie przez Boga, mają duchowe dary i cieszą się obfitym objawieniem, lecz Bóg nie może im zaufać żadną miarą posługi przywództwa (servant leadership). Mogą posiadać tytuły czy służby, lecz nie mają kwalifikacji, ponieważ nie posiadają tego brakującego składnika. Zauważyłem, że czegoś im brakuje, a co gorsza, mnie brakowało tego samego. Ostatecznie odkryłem czego brakowało każdemu w tym również mnie.
Jako to jest ten brakujący składnik? Brakującym składnikiem jest MIŁOŚĆ.
Chciałbym się z wami podzielić ilustracją, aby pokazać, o co mi chodzi. Pewien pastor opowiedział mi o tym, co się wiele lat temu wydarzyło się między nim, jako pastorem, a jego zastępcą. Pracowali obaj w kościele i na szczęście byli również dobrymi przyjaciółmi. Powiedział, że pewnego dnia jego zastępca przyszedł do niego ze łzami w oczach i powiedział mu: „Jesteś najlepszym kaznodzieją i nauczycielem Słowa jakiego kiedykolwiek w życiu słuchałem, ale ty zwyczajnie nie kochasz ludzi”.
Gdy dzielił się tym ze mną, również miał łzy w oczach. Było to dla niego bardzo silnym wspomnieniem i jest ważną lekcja dla nas. Możemy być wezwani, obdarowani i pełni objawienia, a jednak dalej zawodzić, ponieważ nie chodzimy w miłości do ludzi.
Możemy teraz przejść do licznych przykładów miłości czy to zademonstrowanej czy nakazanej w Nowym Testamencie, wszyscy je dobrze znacie, lecz gdy zwracam się do tego jednego zwyczajnego wersu z 12 rozdziału Drugiego Listu do Koryntian, znajdują tam coś co bardzo często jest przeoczane. Paweł pisze: „Ja zaś sam JAK NAJCHĘTNIEJ sam na koszta łożyć będę i samego siebie wydam za dusze wasze, czy tak ma być, że im więcej ja was miłuję, tym mniej przez was mam być miłowany?” To jest właśnie to, co nadaje kwalifikacje człowiekowi. To jest ten brakujący składnik.
Paweł napisał to do Koryntian. Wiecie, że koryncki kościół sprawiał mu więcej problemów niż wszystkie pozostałe razem wzięte. Większość ludzi zrezygnowałaby, lecz nie Paweł. Paweł miał serce ojca. To jest prawdziwy apostoł. To jest prawdziwy pastor, Wiemy, że był powołany, wiemy, że był obdarowany i z pewnością wiemy, że miał głębokie objawienie. Moglibyśmy zrozumieć, gdyby czuł, że traci czas na ten Korynt i chciał zwrócić swoją uwagę gdzieś indziej.
Widzisz, tego rodzaju myślenie jest wszędzie powleczone ciałem. Dawno temu czytałem coś, co początkowo przyjąłem jako mądrość, lecz od tamtej pory zmieniłem zdanie. Pewien człowiek napisał: „Idź tam, gdzie jesteś czczony, a nie tolerowany”. W tamtym czasie czułem się bardzo niedoceniany, więc myślałem, że to była zdrowa rada, lecz Bóg był dla mnie miłosierny i pomógł mi zobaczyć postawa była całym problemem w dzisiejszej „służbie”. Kochamy ludzi, którzy kochają nas i służymy tym, którzy służą nas, dziękujemy tym, którzy nam dziękują, i jeśli podrapiesz mnie w plecy, ja ciebie również. Co to za chrześcijaństwo? Co by były, gdyby Paweł szedł tylko tam, gdzie był znany a unikał miejsc, w których był tylko tolerowany? Cóż za głupia wypowiedź, lecz taka postawa dziś przeważa wśród „duchownych”.
Paweł dał nam przykład do naśladowania. Nie patrz tylko na jego powołanie, obdarowanie i objawienie. Spójrz na jego pełne miłości serce. On dał wszystko, nie tylko Panu, lecz ludziom Pańskim, a ci byli najbardziej cielesną, niewdzięczną grupą. Jednak widoczne jest serce ojca i taka jest przyczyna autorytet, który posiadał. Powiadam wam, że jego autorytet nie był w tytule, pozycji czy statusie założyciela tego kościoła. Jego autorytet nie opierał się na powołaniu, obdarowaniu czy objawieniu: jego autorytet polegał na obfitej miłości, którą okazywał.
Nie mylcie się, jeszcze tam nie dotarłem. Ciągle zmagam się z tym, jak być dobrym bratem, a tym bardziej dobrym duchowym ojcem, obfitującym w miłość do każdego. Oczywiście, mam długą drogę do przejścia, lecz teraz widzę już ten brakujący składnik i podążam za miłością. Co z tobą?
Wiecie, czasy, gdy ktoś po prostu „pojawia się”, aby funkcjonować w darach i wykonać swoją małą służbę mają się ku końcowi. Sam jestem winny tego, myślę że wszyscy robiliśmy to, lub widzieliśmy u innych. Czy do tego powołał nas Jezus? Czy to jest wzór do naśladowania? Poprowadzić jakieś spotkania, trochę pogadać, potrząsnąć rękami I iść do domu? NIe ma to żadnego znaczenia, jeśli się nie kochamy wzajemnie. To wszystko tylko miedź i cymbały brzmiące.
Paweł uważał siebie za ojca, który troszczy się o potrzeby swoich dzieci. Wszedł w samo serce Boga, ponieważ dokładnie tak widzi to Bóg. To właśnie dlatego Paweł mógł kochać ich więcej, podczas gdy oni kochali go mniej. We współczesnym Ciele Chrystusa istnieje próżnia jeśli chodzi o tego typu przywództwo. Mamy ludzi, którzy nawet nie potrafią być dobrymi braćmi i siostrami choć aspirują do roli duchowych ojców i przywódców, apostołów i proroków, pastorów i nauczycieli. Zamiast służyć ludziom darami, oczekują, że ludzie będą im służyć, ZE WZGLĘDU na ich dar. Widoczne jest to w tak pozornie nieznaczących rzeczach jak miejsce do parkowania dla pastora na wprost frontowych drzwi.
W ostatnich miesiącach modlę się tak: „Boże, weź ode mnie moje powołanie, weź moje dary, weź moje objawienie, lecz daj mi serce pełne miłości”. Prawdziwi przyjaciele, mamy całe mnóstwo obdarowanych braci i sióstr, lecz gdzie są Pawłowie i Piotrowie, gdzie Janowie naszego pokolenia? Gdzie są duchowi ojcowie przywódcy, starsi i ci, którzy dają pobożny przykład, tym, którzy mają naśladować? Przykład jest czymś, co zdecydowanie się daje, lecz zbyt często jest to przykład tego, jak NIE należy robić.
Gdzie są ci, którzy chętnie na koszta łożyć będą i samych siebie wydadzą w służbie Bożej i dla innych, którzy będą obficie kochać nawet wtedy, gdy nie otrzymają w zamian miłości? Jeden ojciec wart jest więcej niż dziesięć tysięcy nauczycieli.
Ci z was, którzy jesteście powołani i obdarowani, posłuchajcie mnie. Miłość jest tym zgubionym składnikiem. Podążajcie za miłością, a powołanie, dary i objawienie znajdą swój najgłębszy i najpełniejszy sposób wyrazu.
Jestem waszym bratem,
Chip Brogden

czwartek, 15 września 2011

biegania i łaska

Mam już powoli dość tego tygodnia.... Ciągłe bieganie tam i siam..... historia z zaginionym Szymonem, zakupy butów, bieganie z Kalinką po dzieci, do muzycznej itd..... prasowanie, którego nie mogę ogarnąć.... dzieci, które się kłócą i nie umiem sobie z tym poradzić..... Potrzebuję odpoczynku.... czuję, że odpoczęłabym nawet cały dzień siedząc w domu i prasując, gotując, piekąc, sprzątając.... byleby zobaczyć efekty....
Dzisiaj były też pierwsze zebrania w nowej szkole. Ogólnie okej, choć wiadomo, że lekki stresik jak będzie w nowej klasie... Szymona klasa podobno ma kilku ancymonków, o których się mówi w pokoju nauczycielskim na każdej przerwie... mam nadzieję, że będzie dobrze i Szymon nie wkręci się w złe towarzystwo, ani nikt nie weźmie sobie go na tapetę....
Dzieci mam zdolne muzycznie, bardzo..... ale ta muzyczna kurcze zajmuje strasznie dużo czasu.... nie wiem kiedy z nimi gadać.....
..... coś jednak czuję, że muszę sobie raz przysiąść i opracować swój własny harmonogram. Tak, żeby wydzielić sobie czas na ważne rzeczy, bo inaczej czas przelatuje przez palce.......
Z kasą bardzo kiepawo... Piotrek natrafił na bardzo ciekawy artykuł w necie na temat kasy, biznesu itp.... w linku coś ze słowem "manna" jest... W każdym razie pytanie brzmi: po co prosisz Boga o kasę? Czy po to, by realizować swoje marzenia, czy Boże? Bóg obiecał, że jeśli będziemy szukać najpierw królestwa Bożego i sprawiedliwości jego to wszystko inne będzie nam dodane.
Muszę znowu zbliżyć się do NIEGO..... zbliżcie się do Boga, a On zbliży się do was.... jest taka obietnica.
Do tej pory Bóg cudownie nas prowadził, dawał dary gdy brakowało, spełniał wszystkie potrzeby. Wiecie co? Ostatnio przeznaczyliśmy kasę na niezbędne wydatki. Trzeba było też kupić Szymonowi kurtkę, bo nie ma.... No więc poszłam wczoraj do lumpexu, bo tam można fajne często znaleźć i tanie...ale nic nie znalazłam - jakieś byle co i nie ten rozmiar. No i dzisiaj zajrzałam przez przypadek do szafy. Znalazłam kurtkę, która nie wiem skąd się wzięła. Pewnie ostatnio Szymon dostał od kogoś w spadku (często wymieniamy się z koleżankami ciuchami po dzieciach, jak już wyrosną). Ja tego nie pamiętałam. Byłam w szoku, bo Szymon ma kurtkę na jesień i w dodatku przypomniałam sobie, że i na zimę kurtkę też ma.... Więc jestem happy! Nie muszę kupować. Swoją drogą to super, że wczoraj w ciucholandzie nic nie było, bo nadarmo wydałabym kasę.
Kurcze, tak się martwię o kasę, a zachowuję się jak Izraelici, którzy nie pamiętają cudów Boga..... Chyba muszę poczytać swojego bloga......


Chwalę Cię Panie, bo jesteś dobry, bo łaska Twoja trwa na wieki!

środa, 14 września 2011

chwile strachu...

Dzisiaj przeżyłam chwile grozy....
... poszliśmy z dzieciakami na deptak, by kupić buty. Cała długa ulica sklepów. No i po drodze, jak już wszytko obeszliśmy trzeba było wrócić do pierwszego sklepu, bo pierwsze buty okazały się najlepsze... A ponieważ było już tuż przed 18.00 popędziłyśmy z Jagą do sklepu, a Szymonowi dałam kasę i powiedziałam, żeby kupił chleb i doszedł do nas....
My zdążyłyśmy przymierzyć jeszcze raz buty, kupić je, a Szymona nie ma.... Wyszłyśmy ze sklepu, poszłyśmy do piekarni, w której miał kupować pieczywo - tam też go nie ma. Poszłyśmy zatem na parking, gdzie zostawiłyśmy samochód. Popatrzyłam - nie było go nigdzie widać.
Wróciłyśmy na deptak i przeszłyśmy go do końca - nigdzie go nie ma, a sklepy już zamykają.... Wracałyśmy - ni widu ni słychu... W końcu spotkałyśmy panią ze sklepu z butami i powiedziała nam, że Szymon siedzi na ławeczce przed obuwniczym...
... odetchnęłam z ulgą. Jednak, gdy doszłyśmy do wskazanego miejsca - Szymona tam nie było. Na szczęście zauważyłam go jak stał przed przejściem dla pieszych.... Uffffff....
Mówię wam, że już prawie się rozryczałam.... Nie wiedziałam kompletnie co robić, gdzie go szukać. Już mi się jakieś czarne obrazy w głowie malowały....
Okazało się, że w tym pośpiechu, żeby zdążyć kupić buty nie dogadaliśmy się dokładnie i on myślał, że ma być przy samochodzie. Najgłupsze jest to, że ja tam byłam, ale popatrzyłam tylko z daleka, a Szymon wtedy siedział sobie przy samochodzie i z daleka (jak później sprawdzaliśmy) nie było go widać.....

Szymon w wieku ok. 2 lat... :)


Tak szczerze, to do tej pory czuję kamień spadający z serca jak go znalazłam....
Kalinka przy tym wszystkim była taka dzielna - przedłużyło się wszystko i bieda nie jadła ponad 4 godziny... Dobrze, że ma swój paluszek ;)



Byliśmy też dziś u dentysty. Okazało się, że Jagoda ma wszystkie zdrowe zęby i super wyszczotkowane - pani chwaliła ją za higienę jamy ustnej. U Szymona niestety odwrotna sytuacja... no i w piątek pędzimy na lakowanie zębów (160 zł za dwa zęby - ból!!!)... tak się zastanawiam, nad tym, żeby poszukać gdzieś innego dentystę - może będzie taniej?